Krótka historia o mazojonie i nerwicy oka

Krótka historia o mazojonie i nerwicy oka

0 2512

Dziecko potrafi dać rodzicowi nieźle w kość. Ba! Żeby to w jedną! Ma zdolność dawania we wszystkie kości jednocześnie. Czasami przychodzi Ci do głowy, aby się przed nim ukryć, zaszyć się gdzieś choćby na pięć minut. Kołdra jest taką świetną kryjówką. I łazienka (chyba, że nie masz w niej zamka – wtedy klops). I piwnica. Jak już mam naprawdę dość to idę sobie do piwnicy pranie wstawić 😉 Przyjemne z pożytecznym. Taka szkoła przetrwania i multitasking w jednym.

7:30 rano. Wołam go z przedpokoju po raz piąty, a On wciąż odpowiada „Idę mamo!”, a ja wiem, że właśnie dokłada kolejny (dwusetny kurka ja pitolę) klocek do swojej wieży i nic w tej chwili dla niego ważniejsze być nie może. Co w obliczu takiej wspaniałej budowli może oznaczać jakieś głupie wyjście do przedszkola? Przedszkole nie zając! Matka też nie! Poczeka.

I tak to już jest, że każde „Maaaaciek! Chodź! Musimy wychodzić” jest o pół tony głośniejsze, a mózg wyje z rozpaczy lub na alarm „Licz matko! Licz do stu, bo inaczej pękniesz, wybuchniesz, rozsypiesz się na kawałki”. Ipo co Ci to? Płacz młodego z rana, który będzie trzeba utulić przytulankami, kolejne rozmowy o życu, że czas jest na wszystko… Ale rano zbieramy się do przedszkola. Po co Ci to drgające nerwowo oko i ciśnienie podniesione do poziomu Gubałówki?

Przecież wiem, że do dziecka trzeba łagodnie, cierpliwie, patrząc w oczy. Wiem, że krzyki nie działają i muszę pójść na górę, ukucnąć obok syna i powiedzieć „Kochanie. Musimy już wychodzić bo spóźnimy się do przedszkola. Jak wrócisz do domu skończymy tę wieżę budować wspólnie”. Wiem…

A mimo tej wiedzy czasami wymsknie się matce „Maciek chodź bo inaczej pojadę sama. Liczę do trzech i wychodzę! Raz….”

Przy dwóch czuję jak odzywa się nerwica brzuszna, a skroń niebezpiecznie pulsuje. Noga podryguje w miejscu, a stopy wybijają marsze wojskowe.

Że też taki pięciolatek (prawie ;)) nawet się nie domyśla, jakie diabelskie myśli się właśnie w matce budzą. Nie może nawet przypuszczać, że za chwilę uleje się rodzicielce to czekanie i to powtarzane w kółko „Zejdź na dół”.

I już się tata chce zaangażować. I już nawet usta uchyla by przyjść z pomocą matce, ale …. co to? Słychać szybkie kroki na schodach. Biegnie z szerokim, najpiękniejszym na świecie uśmiechem…

– Mamuś! Jak wrócę z przedszkola to chcę MAZOJON. OK?

– Mazo co? – pytam, bo chyba źle zrozumiałam

Mazojon mamo, ten co kiedyś u dziadka jadłem

– Ale co to takiego? Jak wygląda?

– Wygląda jak dżem ale to nie dżem. No mazojon mamo. Nie wiesz?

– Majonez?

– Tak!

Nerw mi opada zastąpiony przez rozbawienie. Uśmiech rozciąga się na naszych twarzach, a kiedy wsuwa swoją łapkę w moją dłoń i zerka do góry zaglądając w mamine oczy, zalewa mnie fala miłości. To będzie kolejny dobry dzień. Być mamą…. Najlepiej…

Podobało Ci się? Zapraszam do polubienia mnie na Facebooku → TUTAJ i Instagramie → KLIK

BRAK KOMENTARZY

Zostaw odpowiedź